W naprawie

Przepraszam za chwilowy bałagan na stronie. Mam tu mały remont, który zaraz się skończy. Proszę o jeszcze odrobinę cierpliwości. Wszystkie błędy zostaną wkrótce usunięte. (łącznie z różnicą w wielkości polskich znaków).

Pozdrawiam

Mama nie z wyboru

fire-910543_1280

Po Prostu Miłość

IMG_1044

W filmach powtarzają, że miłość jest piękna. Czytaj dalej

baby

A czy Ty znasz najfajniejszą mamę na świecie?

Dzisiaj przedstawię Wam niezwykłą osobę. Inspirującą i niezwykłą. Zapraszam.

 

Może najpierw skupię się na jej cechach i zachowaniach. Otóż osoba o której dzisiaj Wam opowiem jest bardzo mądra życiowo. Zostanie matką wiele ją nauczyło. Trudy związane z wychowaniem dziecka pokazały jej czym tak naprawdę jest cierpliwość. Wielokrotnie mówiła, że nie poradzi sobie w danej sytuacji, a mimo tego podnosiła się nawet podczas koszmarów jakie jej się nie śniły.
To silna kobieta. Nosiła na rękach swoje maleństwo, które nabierało na wadze każdego tygodnia i coraz bardziej się wierciło. Jej żelazny charakter umożliwił wytrzymanie tak wielu nieprzespanych nocy, a determinacja oraz miłość do dziecka nie pozwoliła jej oszaleć. Wielokrotnie bywała zmęczona i miała dosyć „uroków macierzyństwa”. Niekiedy chciała nawet uciec na drugi koniec świata. Ale tylko po to, by złapać oddech. Czytaj dalej

image

Jeden klocek

Kolejny poranek z tą różniąca, że słoneczny. Oprócz wdrapujących się na moje stopy ciepłych promieni pełznie po mnie jeszcze „coś„. Zostaje przygnieciona kilkunastokilogramową dawką małego szczęścia.

dzień dobry kochanie – wyszeptuje przez zaciśnięte z bólu zęby.

Mój pęcherz dość nerwowo namawia mnie do wstania z łóżka. Jedynie instynkt macierzyński jest w stanie go teraz uciszyć. Przytulam dwa wspaniałe stworki wesoło śpiewające mi do ucha słowa nieznanej piosenki. Po chwili z prędkością światła zrywają się do biegu przełajowego, a raczej międzypokojowego. Ich śmiech i przekomarzanie jest w stanie uradować nawet największego porannego ponuraka.

Dobra, toaleta zaliczona, świeżość miętowej pasty obecna – czas na drugą dawkę budzenia w postaci kofeiny. Przez pierwszych kilka lat rodzicielstwa gorąca kawa jest luksusem. Z początku może być trudno o akceptacje takiego stanu rzeczy, ale z biegiem czasu zimna forma tego napoju zaczyna smakować wybornie.
Chłopcy oglądają bajkę, ja uprawiam poranny „sprząting” zwany pospolicie ogarnianiem chałupy. Pranie, zmywanie naczyń i eliminowanie z podłoża bezlitosny klocków. Te podstępne małe prostokąty tylko czekają aż ktoś z domowników czule na nie nadepnie. Wredne plastiki.

Teoretycznie wszystko idzie jak w szwajcarskim zegarku. Ot normalny poranek jak u każdej innej mamy. Dzieciaki krzyczą, ty licząc do dziesięciu dochodzisz już do liczby sto, a względny porządek staje się jedynie wspomnieniem. I nagle świat pęka. Rozsypuje się w drobny mak przez siłę jaką niesie ze sobą krzyk sześciolatka.

Czerwony klocek został umieszczony przez młodszego z braci na zielonym klocku zamiast żółtym.

Czerwony na zielonym?!?!
Ale jak to??
Nie tak.
Nie tak!!
Nie tak..

Rzeczywistość, która nie zdążyła się nawet podnieść ponownie zostaje rozbita. Jednak tym razem to dźwięk wydobywający się z gardła małego blondyna. Płacz. Ból. Histeria.
Starszak biega jak poparzony wrzątkiem po mieszkaniu, młodszy wbija mi małe paluszki w ramiona. To była chwila. Ułamek sekundy. Czas, który normalność zamienia w chaos.
Zaczynam spokojnym, ale i stanowczym tonem mówić, że nie wolno robić nikomu krzywdy. Że to nic miłego i tak nie można. Po chwili skupienia na mnie błędnego wzroku pierworodny wybiega z wrzaskiem do swojego pokoju. Mniejszy zeskakuje ze mnie i udaje się zasmarkany do kuchni. Krzyk obu chłopców roztrzaskuje moje matczyne serce. Jeden płacze ze strachu i zdezorientowania dlaczego brat pociągnął go za włosy. Drugi siedzi w pokoju i bujając się lekko piskliwym tonem wyraża swój żal związany ze złą kolejnością klocków w budowanej konstrukcji. Jestem też ja. Stoję po środku i mam ochotę krzyczeć razem z nimi. Z bezradności. Kiedy idę uspokoić jednego, drugi szkrab zaczyna coraz intensywniej płakać. I na odwrót. Biegam między pokojem a kuchnią starając się opanować sytuacje. Żaden z dzieciaków nie ma zamiaru znaleźć się w tym samym pomieszczeniu co drugi.

Czuje się jakbym została umieszczona między młotem a kowadłem. Kocham i kochać będę każdego z chłopców tak samo mocno. Natomiast dokonanie wyboru, którego i jak uspokoić czasami przerasta i mnie. To boli gdy widzisz swoje dzieci zapłakane. Bardzo boli.

Klocek.

Jeden klocek.

Nienawidzę go jeszcze bardziej. Głupi klocek!!

Po jakimś czasie wszystko cichnie. Mój mały autysta podchodzi by dać mi buziaka. Atak ustał. Równie szybko jak się pojawił.
Patrzę głęboko w jego ciemne jak noc oczy i mam ochotę przytulić go najmocniej na świecie zapewniając, że taki atak nigdy więcej się nie powtórzy. Ale..
Nie mogę tego zrobić.
Nie dopóki nasz autyzm jest tak nieprzewidywalny. Jeszcze nie teraz. Ale mam cichą nadzieje, że tak jak aktualnie wspominam gorsze momenty i te zostaną w przyszłości jedynie skrajnie dalekim snem na jawie.

 

Czego pragnę nauczyć moje dzieci

Stając się rodzicem starasz się aby każdego dnia sprawdzić się w tej roli jak najlepiej. Pielęgnujesz, chronisz, kochasz. Wraz z tym jak dziecko dorasta chcesz przekazać mu jak najwięcej istotnych twoim zdaniem zasad. Dziś opowiem Wam czego ja chciałabym nauczyć moje pociechy.

Moje wyobrażenie macierzyństwa zostało ostro zweryfikowane przez rzeczywistą codzienność. To czego panicznie się bałam okazało się nie aż tak groźnym wyzwaniem, natomiast to co wydawało mi się banalnie proste czasem sprawiło mi nie lada problem. Bycie rodzicem to niezła szkoła życia. Raz jest stromo pod górkę, innym razem można powoli schodzić z delikatnego wzniesienia. Tak czy inaczej jedno jest pewne – widoki oraz wrażenia są niesamowite i pozostają w sercu na zawsze. Bardzo chciałabym aby moi chłopcy mieli wiele przyjemnych i ciepłych wspomnień z lat szczenięcych. Nie jesteśmy idealną rodziną wyjętą z okładki mądrego poradnika „jak dobrze żyć”. Jesteśmy sobą i mamy siebie. Na dobre, gorsze i najgorsze.

 

MIŁOŚĆ

Niby banał, ale jaki istotny w ludzkiej egzystencji. Moje życie bez tego uczucia byłoby puste. A może nawet nie byłoby go wcale. Chcę, aby moje dzieci wiedziały, iż w tych literach kryje się kilka ważnych spraw. Miłości bez wzajemnego szacunku nie ma. Kochać kogoś to dbać o jego dobro. Miłość to nie tylko całusy i spijanie sobie porannej słodyczy z dzióbków. To umiejętne korzystanie ze sztuki kompromisu. To magia drobnych momentów i spontaniczne gesty znaczące więcej niż głośna deklaracja. To uczucie to również konsekwentna komunikacja i umiejętność słuchania. Miłość nie jest łatwa, ale ta prawdziwa jest naprawdę bezcenna.  Czytaj dalej

image

Niepełni na kartce

 

 

Jestem pewna, że każdy rodzic w pełni władz umysłowych pragnie, aby jego dziecko było zdrowe i rozwijało się prawidłowo. Nosisz nowe życie tuż pod sercem karmiąc je swoją rosnącą miłością przez dziewięć miesięcy. Po jego przyjściu na świat Twoja radość osiąga rozmiary międzygalaktyczne i jedyna wizja przyszłości to „długo, zdrowo i szczęśliwie”. Jednak powoli ta sielanka zostaje przerwana coraz większą ilością niepokojących sygnałów. Instynkt rodzica stara się zagłuszyć krzyk rozdzieranego na pół serca. COŚ JEST NIE TAK Z TWOIM NAJWIĘKSZYM SKARBEM..
Świeżo upieczonym rodzicom bardzo często towarzyszy wielowymiarowy niepokój. O to czy dziecko ma prawidłowe napięcie mięśniowe, prawidłowy słuch czy odpowiednio rozwinięte bioderka itd. Strach to całkiem naturalny towarzysz matek i ojców. Zazwyczaj na obawach się kończy, ale w niektórych przypadkach złe przeczucia przybierają realny kształt. Tak też było u nas.
„COŚ” mnie martwiło. W moim ukochanym pierwszym dziecku podstępnie zagnieździł się
 nieproszony gość. Nasze obawy ewoluowały stopniowo aż do poziomu przerażenia a nawet paniki. Do tej pory nie pojmuję własnego przerażenia jakie czułam patrząc na dwulatka, który nagle z całej siły uderza głową w ścianę. Pamiętam także jego i swój strach w zatłoczonym sklepie lub krzyk w zupełnie obcym miejscu. Na szczęście ten ból pozostał już tylko we mnie.

Z biegiem czasu wszystko zaczęło się wyjaśniać i nabierać sensu. działania i realizować go.
Znając diagnozę pozostają już tylko dwie sprawy do załatwienia. Akceptacja stanu rzeczy oraz mobilizacja sił aby jak najbardziej usprawnić funkcjonowanie dziecka.
Wszystko jest klarowne i idziesz do przodu. Ja zaczęłam „pękać” w innych momentach.

Nasza codzienność to nasz mały autystyczny świat. To co dla innych jest zachowaniem conajmniej dziwnym dla nas jest środowiskiem naturalnym. Po prostu, to nasze dziecko i nic tego ani naszej miłości do niego nie zmieni. Cieszyłam się z każdego najmniejszego postępu. Radowałam wszystkimi spojrzeniami prosto w oczy. Z zachwytem wsłuchiwałam się w niecodzienne brzmienie słowa „mama„. Nie potrafię dokładnie wyjaśnić dlaczego akurat słowo pisane było dla mnie najtrudniejsze do przestawienia. Ilekroć na jakimś skierowaniu, opinii czy innym piśmie widniał napis „autyzm” wewnątrz mnie klękało matczyne lustrzane odbicie. Na ułamek sekundy rozpadałam się na milion kawałków. To niby tylko kilka liter tworzących tak dobrze znane mi słowo. Jednak właśnie w takich momentach docierały do mnie trudności i wyzwania jakie czekają w życiu nie mnie, a moje dziecko. I to budziło największy strach.

Mamy orzeczenie o niepełnosprawności. Nauczyłam się, że ta niepełność znajduje się właśnie na papierze. Jest zapisana na kartce, a dla nas, w tym codziennym życiu to nadal jest i będzie nasze w pełni kochane dziecko.